Witam wszystkich serdecznie,
To mój pierwszy w życiu wątek, liczę więc, że znajdzie choć jednego czytelnika:)
Mam na imię Ala, a wiadomo nie od dziś, że imię zobowiązuje: Ala musi mieć kota. Gdy byłam dzieckiem, w domu przez krótki czas była kotka. Przyniesiona przeze mnie z podwórka. Szara pręgowana. Półdzika. Kochałam ją całym swoim dziecięcym sercem. Na czas rodzinnego wyjazdu na wakacje Mizia trafiła do babci na przedmieścia, gdzie znowu mogła swobodnie wędrować po okolicy. Owocem tych "wędrówek" były 2 małe kociaki. No i wczasy naszej kotki się przedłużyły. Niestety zarówno kociaki, jak i sama kotka zniknęły. Całe życie mam nadzieję, że ktoś zabrał je do domu i nie wyrządził im krzywdy.
Potem był Mruki. To było krótko po studiach, gdy mieszkałam na stancji u jednej pani. Ponieważ pani była singielką i - zdaniem bliskich - doskwierała jej samotność, sprezentowali jej kocura, który przybłąkał się do ich domu. Szary pręgowany. Towarzyski do potęgi. Denerwował tym swoją właścicielkę. Jego utrzymanie kosztowało też ponoć zbyt wiele. Wtedy finansowo nie mogłam włączyć się w opiekę, ale w każdy inny sposób chciałam. Decyzja jednak była nieodwołalna: kot musi zniknąć. Próbowałam znaleźć mu dom zastępczy, ale czasu było zbyt mało

Na ogłoszenie w gazecie odpowiedział jakiś pan. Dalsze losy Mrukiego nie są mi znane. Długo po nim płakałam.
Potem zamieszkaliśmy na swoim. Myśl o kocie wracała, ale jakoś nie realizowaliśmy jej. Do czasu aż straciłam kogoś bliskiego. Smutek mnie przygniótł. Po jakimś czasie narzeczony zasugerował, że warto, żebyśmy zrobili coś, o czym od dawna marzyłam - zaopiekowali się kotem. Zaczęłam szukać. I trafiłam na Milusię. Czarną kotkę z zielonymi oczami. Płochliwą, ale bardzo łagodną. Ktoś już się o nią starał, więc musieliśmy poczekać. Jednak byliśmy sobie pisani, bo 19 kwietnia 2010 r. zamieszkała z nami.